Sportowo łódzki finał Ligi Mistrzów nie był dla PGE Skry udany, ale narzekania na słabą postawę drużyny w spotkaniu z Dynamem Moskwa nie mogą przesłonić jednego - sama impreza była ogromnym sukcesem Jan Hronek, wiceprezes europejskiej federacji siatkarskiej (CEV) i pomysłodawca rozegrania Final Four w Łodzi, był zachwycony prawie wszystkim, co zobaczył w Atlas Arenie. Prawie, bo trudno się spodziewać, by spodobał mu się poziom sportowy turnieju. Być może wpływ na to miało przełożenie zawodów. Drużyny budowały najwyższą formę na 10 kwietnia, tymczasem musiały zagrać trzy tygodnie później. Jestem przekonany, że najwyższą cenę zapłaciła za to Skra, która musiała zagrać pod największą presją. I większość zawodników nie wytrzymała obciążenia...
Mimo wszystko jednak Finał Four pokazał, że Skra ma naprawdę duży potencjał. Na Mariuszu Wlazłym, Bartoszu Kurku czy Michale Winiarskim można zbudować drużynę zdolną do walki z najlepszymi na świecie.
Jeśli chodzi o organizację, to nie było żadnego zaskoczenia. Łódzka hala znów wypełniła się po brzegi, a w odróżnieniu od innych podobnych imprez większość kibiców nie wychodziła po spotkaniach gospodarzy. Podkreślał to Hronek i dodawał, że w Polsce są najlepsi kibice siatkarscy na świecie. Dodał też, że był to najlepiej zorganizowany Final Four w historii. To naprawdę ogromny komplement. Do pełni szczęścia brakowało tylko awansu Skry do finału...
Największy zarzut wobec bełchatowskiego klubu to "załatwienie sobie gry w turnieju przy zielonym stoliku". To jednak nie jest wina szefów Skry, że przepisy federacji siatkarskiej są takie, iż gospodarz ma zapewnione miejsce w finale. Tak jest w Lidze Światowej, mistrzostwach świata i Europy. A na dodatek CEV sama wyszła z inicjatywą gry w Łodzi. Prezesi Skry musieliby być nienormalni, gdyby odrzucili taką okazję. Japonia przez kilka ostatnich lata organizuje wszystkie najważniejsze imprezy i nikt - może poza Polską - nie protestuje. Kolejny raz zyskała też Łódź, która stała się siatkarskim centrum Europy. A za taką promocję, jaką zrobił jej finał Ligi Mistrzów, musiałaby zapłacić ogromne pieniądze.
Krytycy zapominają, że sportowcy grają przede wszystkim dla kibiców. Więc trudno się dziwić, że federacja chce robić swoje imprezy tam, gdzie fanów jest najwięcej. Wystarczy przypomnieć sobie ubiegłoroczny turniej w Pradze, gdzie wielka hala świeciła pustkami (poza finałem). A przecież liczba kibiców przekłada się na większe zainteresowanie sponsorów. Dzięki Skrze polscy fani mogli obejrzeć takie gwiazdy, jak Matej Kazijski, Leandro Visotto, Osmany Juantorena czy Dante Amaral. I to grający na poważnie, bo stawką było najważniejsze trofeum w klubowej siatkówce. Trzeba było być w Atlas Arenie, żeby zobaczyć tysiące ludzi wychodzących z sali zadowolonych. Dlaczego? Bo wzięli udział w naprawdę wielkiej imprezie.
A że drużynie nie poszło najlepiej... Teoretycznie to nie powinno dziwić, bowiem ostatni raz gospodarz wygrał Final Four w 2001 roku. Był to Paris Volley prowadzony przez Glena Hoega (obecnie Bled) i ze Stephanem Antigą w składzie. W dziewięciu kolejnych edycjach triumfowali przyjezdni (w Pradze nie było czeskiego zespołu).
Na koniec cytat z jednego z siatkarzy Skry (prosił o anonimowość): - Dzięki naszej porażce z Dynamem sprawiliśmy radość tej połowie siatkarskiej Polski, która życzyła nam odpadnięcia. Przynajmniej mieli się z czego cieszyć.
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź
